Listopad to smutny i niebywale poważny miesiąc. Jesień chyli się ku końcowi, wzmagają się symptomy depresji sezonowej. Ale przede wszystkim jest to miesiąc wzmożonego kultywowania pamięci. Najpierw Wszystkich Świętych i rodzinne wycieczki na cmentarz, które zazwyczaj miałam w dupie. Wzbudzały mój niesmak te symboliczne znicze, chryzantemy złociste, góry plastiku i górnolotna zaduma. Od tego roku zaczynam jednak podchodzić do tego wszystkiego na serio. Zaczynam się utożsamiać z bogobojnymi babciami, które z taką lubością odwiedzają groby. W sierpniu, kiedy bolało najbardziej, często żałowałam, że jestem w Krupem i nie mogę pójść na Cmentarz Batowicki. Chciałam zepchnąć z grobu Filipa te wszystkie śmieci, te znicze i wiązanki, położyć się na płycie z lastryko, zasnąć i już się nigdy nie obudzić. A potem Święto Niepodległości, kolejny dzień listopadowej zadumy. Podniosłe pieśni na szkolnych apelach, politycy pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Do tego święta mój stosunek akurat ni...
recenzje książek, prywatne przemyślenia